
październik 17th, 2007
Ranek przed turniejem jak zwykle. Jem 2 jajka, tosta. Piję kawę. Głaszczę kota. Potem psa. Nie ścielę łóżka. Jeszcze trzeba klepnąć Żonę, ubrać TEN sweter, umyć kije, ominąć drabinę. Uff! Chyba wszystko. Żeby odpędzić pecha.

Zaczęło się. Flighty wylosowane. Atmosfera gorąca. Podobnie jak pogoda.
Gracze jak narowiste konie w padoku. Chodzą tam i z powrotem. Niewielu imponuje spokojem. Część niepewność pokrywa lekceważącym uśmiechem, inni stoją w milczeniu. - Co mi tam. Wczoraj miałem tu 92. - oświadcza facet w kolorowym mundurku z handikapem około 35…
- A kto ci to liczył? - pyta złośliwie inny, w nieco mniej kolorowym stroju.
Tu i ówdzie papieros, szybka kawa. Niektórzy poszli się rozgrzewać, inni lekceważąco zrezygnowali, a jeszcze inni nie przeprowadzili rozgrzewki, bo religia im zabrania. Ta golfowa. Ktoś tam idąc na pole ominął szerokim łukiem pergolę (tak, żeby nie przechodzić pod drabiną), inny z kijami brudnymi jak nieszczęście oświadcza, że nigdy przed turniejem ich nie myje.
- Często grasz? – pyta niewinnie gracz z nowiutką torbą z krystalicznie czystymi kijami, przyglądając się niewidocznej pod brudem marce sprzętu.
Jedyne co słychać oprócz reklam partyjnych, to wesoły śmiech Sławka, który twierdzi, że żadne gusła ani zabobony mu nie straszne. Ktoś musi być drugi, oświadcza i maszeruje na D.R.. starannie omijając czarnego kota leżącego na słońcu.
Zbliża się godzina 0
Krzysiu Jakubiec – oficjalny starter imprezy zabiera z budynku score carty, tee time’y i reguły lokalne i zmierza na 1 tee.
“Może Dziecko przyniesie mi dzisiaj szczęście” – myślę i pokornie idę na start.
Moimi Partnerami są Darek i Piotr. Znam i lubię. Z tej strony nic mi nie grozi.
- Przeczytać reguły lokalne? – Pyta ze złośliwym błyskiem w oku moje Dziecko i po chwili życząc mi w myślach tego, co ja Mu zwykle życzę, pozwala na start.
Całe szczęście. Startuję z dołka nr 1, a nie 10, którego nie lubię. Łatwizna.
Mam pewny plan. Tee shot driverem 80 metrów od dołka, potem S-ka, jeden, może dwa putty. Będzie birdie, może par. No to teraz tylko wykonać. Spokój Robuś. Spokój.
Krótki zamach. W porządku. Piłka leży 80 metrów od greenu. Dobra nasza. Teraz S-ka. Pełny swing i.. d..a. Piłka ląduje w bunkrze. Moi Partnerzy już na green’ie uprzejmie nie zauważają mojej porażki. W końcu sam ten bunkier kopałem. Nic to. Biorę Wedge’a. Zostało mi 50 metrów. Zamach. I… d..a. Nadal jestem w bunkrze, tyle, że dwadzieścia metrów dalej. Po czwartym uderzeniu wreszcie jestem w okolicach greenu. Dobra, ratuję doubla, myślę sobie. Biorę Wedge’a, swing. I.. znowu d..a. Piłka ląduje 20 metrów ZA GREENEM. Nieco się wkurzyłem. Przy czym zarówno słowo „nieco” jak i słowo „wkurzyłem” nie oddaje głębi moich myśli w tym momencie. Gdybym miał powiedzieć w tym momencie o czym myślę bez używania brzydkich słów, to nie miałbym czego powiedzieć. Przymierzam w kierunku flagi. No dobra. Chociaż Pitching chodzi. Jeszcze dwa putty i mam super wynik. double par. Cholera. 8 na dołku PAR 4, zaprojektowanym jako jedno z niewielu miejsc na polu do zdobycia birdie.
Moi Partnerzy z flightu widząc moją minę ściszonym głosem podają: par, pięć. Ja mam osiem. Przypuszczam, że na mojej twarzy rozlała się żółć z uszkodzonego woreczka, bo nawet nie próbowali mnie pocieszyć.
Na pierwszych dołkach mam 8,6,8,6. Właściwie zakończyłem turniej i mogę spokojnie rozglądnąć się w około.
Za mną we flighcie Romek, Hans- Joerg i Jan. Silna ekipa. Co najmniej dwóch z szansami na mistrzostwo Klubu. Romek nie wygrywa tylko wtedy jak nie chce, a Jan wygrywa, jak Mu żona pozwoli. Hans- Joerg ma tyle ambicji i woli walki, że rośnie następny mistrz Niemiec. W dalszych flightach honoru Azji broni Edy, honoru Konina sam założyciel pola Andrzej i aktualny Szef Heniu z Wittynga z bardzo silną grupą golfowo-radiową. Honoru Kalisza broni mocno przetrzebiona chorobami grupa z Andrzejem na czele. Wojtek się usprawiedliwił. Był tak chory, że słuchawkę musiała Mu trzymać Marysia. A może to nie była słuchawka. Ale w każdym razie wychrypiał, że wysyła z Kalisza najsilniejszą grupę i będzie na rewanżu.
A ja mam pierwszego para. Żółć mi schodzi z twarzy, bo moi Partnerzy próbują zagadywać. Może coś jeszcze ugram. Na dołku nr 6 mam par, na 7 par, na 8 bogeya. Dziewiątka double.
Przed nami idą kolejni zawodnicy. Twardzi, wytarci w wielu bezkompromisowych bojach. Kandydaci na Mistrzów. Konrad i Michał.
Podliczyłem się. 52 na pierwszej dziewiątce. Bagno. A golf miał sprawiać przyjemność. Cholera. 52.
Na dołku nr 10 znanej i lubianej Saharze pierwsze uderzenie aut, drugie gdzieś w krzaki. O ile miałem jeszcze szansę na przedostatnie miejsce, to ją właśnie zasypałem. Ale co. Przecież nie zejdę. A to tak kusi. 7 godzin i jestem w ciepłych źródłach na Słowacji. O ile misie nie złapią mnie na suszarkę. Ostatnio złapali. Dostałem 8 punktów. Patrzcie. Czy to nie znak. Miałem tyle samo na pierwszym dołku. Przed następnym turniejem muszę wystawić się suszarce tak na 4 punkty. To na jedynce będę miał 4, a nie jak dzisiaj osiem. Ale chyba nie. Jak dostanę od misiów kolejne 4 punkty to będę chodził na nogach.
Cholera z tymi gusłami. Kije umyte, sweter ten co zwykle, startuję z jedynki, drabinę ominąłem a gram jak d..a.
Może wziąć lekcje. Przecież mamy najsilniejszy skład PRO w Polsce. Mike, Przemek i Marcin.
Znalazłem w końcu piłkę. Nie była taka zła. 5 wood powinien załatwić sprawę. Zamach, uderzenie i… FOOOOORE. Jezu. Próbowałem zabić Kondzia. Kiwam przepraszająco. Na tym dołku zrobiłem o s i e m.
Teraz zaczyna się mój prywatny trójkąt śmierci. Dołki numer 11, 12 i 13. Tylko spokój Robuś, będzie dobrze kiedyś tu już dobrze zagrałeś – myślę. (Było to chyba w 2005 ). Niestety. Starałem się jak nigdy, a wyszło jak zawsze. FOOOOOORE. Na jedenastce próbowałem z kolei zabić drugiego Gracza z poprzedzającego nas flightu. Piłka po drivie minęła może o metr głowę Michała. Rozpacz. Znając siłę spokoju i konsekwencję Kolegi z Klubu zdałem sobie sprawę, że z kolei moje życie jest od dzisiaj w niebezpieczeństwie. Ale… Może nie. Pan Michał ze spokojem podszedł i powiedział.
- Niech się pan panie Robercie nie przejmuje. Ja już od dawna jak jestem w zasięgu pana uderzenia to bardzo uważam.
Nie wyjął pistoletu ani innej broni, a i tak trafił mnie w serce.
Potem zrobiłem dziewięć na PAR 4.
A potem jeszcze dołek 14, gdzie ze złości zapomniałem o regułach lokalnych. Przełożyłem sobie piłkę przy szkockim murze, za co musiałem się w 19 dołku zdyskwalifikować i właściwie dla mnie Mistrzostwa się skończyły.
Przypomina mi się w tym miejscu stary dowcip.
Caddy idzie z początkującym graczem. Po rundzie gracz pyta caddy’ego:
- Jak ci się podobała moja gra?
- Fajna, ale wolę golfa,
Amen
Reszta graczy grała w golfa. Pogoda dla nich była słoneczna, bezwietrzna. Turniej przebiegał bez zakłóceń, nie było protestów, awantur. Tylko mnie coś było smutno…
I kto wygrał?
Wygrał brutto z wynikiem 84 Michał Maćkowiak, gdzie mam nadzieję choć trochę się do tego przyczyniłem. Zmusiłem Starego Wygę już na Jego pierwszym dołku (bo zaczynał z 10 ) do maksymalnej koncentracji. Po prostu musiał uważać, bo byłem tuż za Nim. Walczył o życie.
W kategorii 0 – 22.4 wygrał Piotr Zbyszewski z wynikiem 72 a w kategorii 22.5 – 36 junior Simon Pedersen z wynikiem 66.
Serdecznie gratuluję!!!
Dla porządku podam, że w pierwszej rundzie Meczu 4 Klubów wygrało Bytkowo przed Panoramą, Koninem i Kaliszem.
Rewanż 21 października w Koninie.
Robert Jakubiec. Wezmę chyba kilka lekcji.
źródło - GC Bytkowo